![]() |
|
Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj... |
![]() |
|
Narzędzia wątku | Wygląd |
|
![]() |
#1 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 556
Motocykl: Wrublin
![]() Online: 6 dni 16 godz 51 min 31 s
|
![]()
Dzieło ze wsi.
Autorem słów Redzisław Ponury. Bardzo prosił, by El się uspokoił. Dlatego blues spokojny jak ocean El'a myśli.
__________________
Jam nie Babinicz... Ostatnio edytowane przez El Czariusz : 29.08.2025 o 07:01 |
![]() |
![]() |
![]() |
#2 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 556
Motocykl: Wrublin
![]() Online: 6 dni 16 godz 51 min 31 s
|
![]()
Po powrocie ze wsi mustruję na statek. Służbowo.
Realizacja jednego z marzeń. Wsiąść na statek jednej z polskiej kompani, co pływa zachodnim wybrzeżem Afryki i gdzieś na granicy Sahelu zejść na glebę. Towarzyszył mi będzie Pan Kwiatkowski. Odrestaurowany gagatek - rocznik 1938.
__________________
Jam nie Babinicz... Ostatnio edytowane przez El Czariusz : 29.08.2025 o 09:32 |
![]() |
![]() |
![]() |
#3 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 556
Motocykl: Wrublin
![]() Online: 6 dni 16 godz 51 min 31 s
|
![]()
Walczę o przetrwanie.
Żywcem mnie nie wezmą.
__________________
Jam nie Babinicz... Ostatnio edytowane przez El Czariusz : Wczoraj o 00:27 |
![]() |
![]() |
![]() |
#4 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 556
Motocykl: Wrublin
![]() Online: 6 dni 16 godz 51 min 31 s
|
![]()
Miałem kiedyś dom...
__________________
Jam nie Babinicz... |
![]() |
![]() |
![]() |
#5 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 556
Motocykl: Wrublin
![]() Online: 6 dni 16 godz 51 min 31 s
|
![]()
Mój idol. Mistrz nad mistrze. Razem się ścigaliśmy. Ledwie rok młodszy ode mnie.
Rok wtedy za młodego, to była przepaść. Ścigałem sięz Markiem Kulasem. On mnie nie pamięta ale ja jego tak. Jak mnie pyknął ma finiszu. On, na Jaguarze, ja na Rekordzie 10, pożyczonym od kumpla. Kiedy pochwaliłem się kumplowi wycinkiem z Dziennika Bałtyckiego, przestał pożyczać mi rower. Tak przestaliśmy być kumplami. Nie zapomnę tego. Z powodu jego nazwiska: Jutrzenka-Trzebiatowski. Ale do brzegu. Kiedy w lipcu 1995 roku peleton Tour de France wjeżdżał na Pola Elizejskie, nikt nie miał już wątpliwości, że Miguel Indurain to kolarz, na trwałe zapisze się w historii sportu. Pięć razy z rzędu unosił ręce w geście triumfu w Paryżu. Jako jedyny. Ani Eddy Merckx, ani Jacques Anquetil, ani Bernard Hinault, choć wszyscy oni przecież też wygrywali âWielką Pętlęâ pięciokrotnie, nie potrafili dokonać tego rok po roku. Niezwykły więc był wyczyn konsekwentnego Baska. Urodził się w 1964 roku w Villava, w Navarrze. Miasteczko spokojne, sąsiadujące z Pampeluną, w której co roku odbywa się słynna fiesta z gonitwami byków. Miguel od dziecka miał jednak inne pasje. Od uciekania przed rozpędzonym kilkusetkilogramowym zwierzem wolałâŚ rower. Ten pierwszy był używany. Drugi, już szosowy, dostał w prezencie od ojca w ramach rekompensaty. Tata pożałował syna, któremu ktoś ukradł rower, gdy pracował w polu. W 1983 roku Indurain zdobył mistrzostwo Hiszpanii amatorów, dwa lata później przeszedł na zawodowstwo i związał się z zespołem Reynolds (później Banesto). Wysoki, silny, obdarzony niezwykłą wydolnością organizmu, szybko zwrócił uwagę. A i płuca i serce były dwa razy bardziej wydajne niż u przeciętnego człowieka. Nic dziwnego, że koledzy ochrzcili go przydomkiem âMiguelónâ. Tour de France, największy wyścig kolarski świata, narodził się w 1903 roku. Pierwszy triumfator, Maurice Garin â paryski kominiarz â wygrał trasę długości 2428 km podzieloną na ledwie sześć etapów. Z czasem wyścig rósł, zdobywał popularność i coraz większe pieniądze. Od 1952 roku transmitowano go w telewizji, a miasta rywalizowały o to, by gościć zawodników. Narodziły się legendy: Merckx, Anquetil, Hinault. To do ich rekordu pięciu zwycięstw Indurain aspirował w latach 90. Hiszpan startował w Tourze od 1985 roku. Pierwsze podejścia były nieudane. Nie ukończył dwóch pierwszych startów, potem zajmował odległe miejsca. Stopniowo jednak rósł w siłę: w 1989 roku był 17., rok później już 10. i z wygranym etapem. Wreszcie w 1991 roku doszło do przełomu. Na 13. etapie przez Pireneje, legendarne przełęcze Aubisque, Tourmalet i Aspin, osłabł Greg Lemond, ówczesny trzykrotny zwycięzca Touru. Indurain przejął koszulkę lidera i nie oddał jej aż do Paryża. Tak rozpoczęła się jego pięcioletnia hegemonia. W czym tkwił sekret jego wygranych? Sam mówił tak: - Moją mocną stroną jest to, że jestem spokojniejszy i bardziej zrównoważony niż większość kolarzy. Te pięć wygranych, w telegraficznym skrócie, wyglądało tak: 1991. Pierwszy raz w żółtej koszulce. Indurain pokonał Lemo.nda i udowodnił, że zaczyna się nowa era. 1992. Przez dziesięć etapów prowadził Pascal Lino, lecz na czasówkach i w górach Miguel był nie do zatrzymania. Dołożył do tego zwycięstwo w Giro dâItalia. Kompletna dominacja. 1993. Bohaterem wyścigu był Tony Rominger, wygrywał trudne etapy górskie, ale o wszystkim znów zdecydowała jazda na czas. Indurain przechylił szalę na swoją stronę. 1994. Rominger chciał zdetronizować Hiszpana, ale zatrucie żołądkowe nie pozwoliło mu dokończyć zmagań. Indurain, spokojny jak zawsze, wygrał po raz czwarty. 1995. Najgroźniejszymi rywalami byli Alex Zülle i Bjarne Riis. Obaj groźni w górach, lecz na âetapach prawdyâ Hiszpan znowu był bezbłędny. W 1995 roku peleton przejeżdżał przez Pampelunę, rodzinne miasto Induraina, a baskijska ETA groziła zamachami. Na szczęście nic się nie stało, a mieszkańcy Navarry mogli oklaskiwać swojego bohatera. W Paryżu świętował piąty triumf z rzędu. Osiągnięcie bez precedensu. Szósty raz? Nastawiano się na to. W prasie uchodził za murowanego faworyta. Ale sport kocha nieoczywiste rozwiązania. Dlatego przyciąga takie rzesze, bo jest nieprzewidywalny. Sezon 1996 zapowiadał się fascynująco. Indurain co prawda miał już 32 lata, ale wciąż wydawał się nienasycony. Hiszpan był przygotowany, ale rywale wreszcie poczuli, że jego panowanie można złamać. Francuzi liczyli na Laurenta Jalaberta, lidera rankingu UCI. Groźni byli także Tony Rominger i Alex Zülle ze Szwajcarii, młody Richard Virenque czy ambitny Bjarne Riis. Duńczyk mówił wprost: â Indurain nie jest aż tak wielki, by nie można go pokonać. Byłem już piąty, byłem trzeci, nosiłem żółtą koszulkę. Teraz pora na zwycięstwo! Riis, poliglota znający osiem języków, przeszedł do Telekomu i wierzył, że to będzie jego rok. Faktycznie, to właśnie on w 1996 roku zakończył erę dominacji âBig Migaâ. Styl w jakim rozstrzygnął tamten Tour de France, świadczył o wielkiej klasie Duńczyka. Udowodnił to wszystkim, w tym Miguelowi. Po dziewiątym etapie, na którym kolarzom na alpejskich przełęczach towarzyszył śnieg, został liderem. Żółtej koszulki nie oddał do końca. Potem samotnie wygrał pierwszy z etapów pirenejskich, uciekając grupie z Indurainem. Dzieło zwieńczył w okolicach Pampeluny, w rodzinnych stronach Miguela. Wszystko działo się przed igrzyskami olimpijskimi w Atlancie. Dziennikarze pisali, że âkról abdykowałâ. Ale Bask raz jeszcze udowodnił, że nigdy nie należy lekceważyć serca mistrza. To przecież on mówił: Nie powinieneś bać się przegranej. Przecież przegrałem o wiele więcej wyścigów, niż wygrałem. W Atlancie zdobył złoto w indywidualnej jeździe na czas. Trasę długości 52,2 km pięciokrotny triumfator Tour de France pokonał z przeciętną prędkością 48,87 km/godz. A potem, gdzieś w hotelowym pokoju, spotkał się z przyjaciółmi i to im, jako pierwszym, powiedział, że odchodzi z peletonu. Namawiali go jeszcze, by raz jeszcze sobie wszystko przemyślał. Ale on zdania nie zmienił. Na rowerze Indurain był królem szos, ale prywatnie pozostał prostym człowiekiem z Navarry. Uwielbiał grać w pelotę, tradycyjny baskijski sport. Polował na gołębie. Lubił spokój, góry, rodzinne życie. W 1992 roku ożenił się z Marisą, z którą zamieszkał w okolicach Pampeluny. Koledzy mówili o nim: pogodny, spokojny, skromny. Tylko reklamowe obowiązki i ciągłe podróże wywoływały u niego grymas niezadowolenia. Na trasie imponował opanowaniem. Prawie nigdy się nie denerwował, nawet gdy wokół wrzało. Potrafił skupić się i wykonać swoje zadanie: wygrać etap, zbudować przewagę, obronić koszulkę lidera. Gdy kończył karierę miał zaledwie 32 lata, ale był już zmęczony presją i ciągłym życiem w peletonie. - Myślę, że poświęciłem wystarczająco dużo czasu kolarstwu wyczynowemu i teraz chcę cieszyć się tym sportem jako hobby. Ostatecznie, po głębokim namyśle, uważam, że podjąłem najlepszą decyzję dla siebie i mojej rodziny. Oni też na mnie czekają. Do dziś pozostaje w Hiszpanii sportowym bohaterem narodowym, wybranym m.in. sportowcem stulecia. Dziś mieszka w rodzinnej Navarrze. Czasem pojawia się na imprezach kolarskich, odbiera nagrody, promuje sport. Ale nie goni za popularnością. Woli pozostać w cieniu. Jak sam mówi: â Byłem kolarzem. To wszystko. Dla kibiców jest kimś znacznie więcej. Legendą.
__________________
Jam nie Babinicz... |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
![]() |
||||
Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
Historia pewnego pomysłu czyli zapraszamy na Letni Zlot FAT 2013 | Mat | Imprezy forum AT i zloty ogólne | 53 | 19.04.2013 08:15 |