|
|
|
|
#1 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,988
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
|
Dzień trzeci
Fez i Okolice Wstaję rano wyspany, słońce wpada prze okienko prześwitując przez suszące się od wczoraj thermale. Waldek jakiś taki podminowany, z byka patrzy na Pussiego… Chyba wiem o co chodzi, przezornie wsadziłem korki do uszu przed spaniem… Echo pomrukiwań na bezdechu Puszka zdolne było skruszyć średniowieczne mury Medyny… Wychodzimy wspólnie przed Bab Boujeloud - bramę Medyny z zamiarem ponownego zwiedzenia jej. Dziś widać jej właściwe kolory. Stare Fez słynie z mnogości szkół koranicznych, systemu kanalizacji wraz z systemem publicznych fontann, riadów z ogrodami i kolorowych souków – targów wszelakich. Mamy ksero z Pascala i teoretycznie plan półdniowego zwiedzania możliwy jest do wykonania, mam jednak doświadczenia z dnia wczorajszego i wiem, że przejście labiryntów uliczek Medyny nie będzie zadaniem łatwym. Na nasze wątpliwości jak spod ziemi wyrasta Arab w białej wełnianej dżallabijji i pokazuje swój identyfikator na smyczce – twierdząc, że jest oficjalnym przewodnikiem. Pan mówi ładnie po angielsku i proponuje nienachalnie swoje usługi. Po chwili wahania i krótkich negocjacjach uznajemy, że to świetny pomysł na efektywne spędzenie czasu w Fezie. Zamiast błądzić po uliczkach narażając się co krok na ataki faux guide oddamy się w ręce profesjonalisty. Koszt 250 dirhamów na 8 osób uznajemy za akceptowalny. Upewniamy się, że zobaczymy słynną farbiarnię skór i że wrócimy na 12 w południe – miasto miastem, ale my przecież przyjechaliśmy jeździć na motocyklach. Już widziałem markotne miny uczestników oznajmiając im całodzienne zwiedzanie zabytków Fezu, więc ugiąłem się i wyjątkowo odstąpiłem od wykonania planu! Zatem zanurzamy się w ocienione zakamarki Medyny… Pussy całą drogę dopytywał co też nasz gajd może mieć pod galabiją, zupełnie jakby nie obchodziły go wspaniałości starożytnego miasta. Abdullah w końcu chyba przeczytał w jego myślach i zademonstrował w całej okazałości swój, jak to nazwał, airconditioned underwear… Pussy z wrażenia aż przysiadł i nie już pytał co ma pod spodem spodu… Z ciekawostek w jakiejś bocznej, bocznej od bocznej uliczki przewodnik pokazał nam takie drewniane coś i kazał zgadywać co to. Przeszliśmy od klatek na ptaki, żaluzje przez zegary słoneczne ale nie zgadliśmy. Okazało się, że zasłonka ta była jedynym oknem na świat żony gospodarza… Przez całe życie… Ponoć marokańska kobieta w średniowieczu dwa razu opuszczała swój dom pierwszy raz: nie pamiętam, a drugi gdy wychodziła za mąż. Mariola była szczerze oburzona takim traktowaniem kobiet, Kajman kiwał głową z wyraźną aprobatą, zaś pozostali panowie nawet głośno wyrażali swoje pozytywne opinie na ten temat. Też mi bohaterowie, żony jak przeczytają to ich za jajka powieszą… Nie bylibyśmy jednak w kraju arabskim – a Abdullah nie byłby prawdziwym arabem – musieliśmy w końcu wejść do jakiegoś sklepu pod pozorem poznawania kultury i tradycji marokańskich rzemieślników. Na pierwszy ogień zaznajomiliśmy się ze sztuką kaletniczą – trzypiętrowy sklep z wyrobami ze skóry przyprawiał o zawrót głowy. Pussy oczywiście odkrył w sobie talenty negocjacyjne i po dłuższej walce zakończonej wychodzeniem ze sklepu, buy one and get two itd. wszedł w posiadanie przedmiotu o zastosowaniu erotycznym (coś przebąkiwał o przypinaniu do wezgłowia łóżka) czyli stał się właścicielem paska do spodni ze skóry wielbłąda. Gwoździem programu były jednak słynne Tanneries – garbarnia i farbiarnia skór. Jest to interes rodzinny uprawiany nieprzerwanie przez 5 rodzin od wieków. Za garbnik służą odchody gołębi zbierane po całym północnym Maroku i dostarczane tutaj – specjalnie dla celów tego miejsca. Barwniki to podobno również wyłącznie naturalne składniki. Napełnione skórami kadzie ugniatane są nogami przez pracujących tu robotników. Szczęśliwie chłodny kwietniowy poranek nie pozwolił nam w pełni rozkoszować się urokami tego miejsca – wszechogarniający, niewyobrażalny smród gnijących skór jest nierozłącznie związany z wszystkimi letnimi relacjami z tego miejsca. Na całej trasie weszliśmy jeszcze do dwóch sklepów – jeden z przyprawami (facet nie miał nic, czego bym już nie miał w mojej kuchni). Drugie sklepów to mini manufaktura produkująca olej arganowy. Cudo to jest dodatkiem do perfum (coś jak nasze piżmo) jest bardzo unikalne i dość rzadkie, bo drzewa arganowe rosną tylko w Maroko w jednej dolinie a orzechy z tego drzewa oleju maja niewiele. Robi się z tego wypasione kosmetyki, których oczywiście nie kupiłem a tego wszystkiego dowiedziałem się dostając reprymendę od mojej własnej małżonki, już po powrocie. Nie pomogło zdjęcie Puszka wyciskającego tenże olej w sposób tradycyjny. Na głowie też ma Puszek ubiór tradycyjny, który był nabył w sklepie z tradycyjnymi turbanami. Tutaj już tak bardzo się nie targował, sprzedawca miał nad nim ogromną przewagę używając naprzemian słów „Desert” „Tuareg” „Sahara” „Dakar” czym wzbudzał u Pussiego ogromne pożądanie. Było ono do tego stopnia zaślepiające, że sprzedawca bez przeszkód usunął metkę Made in China… Zgódźmy się, żaden szanujący się afrykaner nie miał szans w tym sklepie… ![]() Na koniec końców, muszę powiedzieć, że nasz przewodnik jednak wart był zapłaconych pieniędzy. Szczerze polecić taką formę zwiedzania. – Choć prawie przebiegliśmy zaplanowaną trasę, ale po powrocie zgodnie stwierdziliśmy, że w tak krótkim czasie jaki mieliśmy do dyspozycji w życiu nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co z naszym Guide de Tourisme nr 2458/640. Wyjazd z miasta był już szybki. GPSy fantastycznie odwalały robotę nawigacyjną. Jak po sznureczku przejechaliśmy prze obce miasto do drogi wyjazdowej z niego – kierunek Ifrane i Azzrou – Lasy cedrowe. I tak żesmy se jechali i jechali aż żeśmy przejechali przez uśpioną, iście alpejską wioskę. Ifrane to kurort narciarski – a architektura tego miejsca nijak się ma to tradycyjnego arabskiego stylu. Żabojady postawiły tu miasteczko w stylu szwajcarskich alpejskich mieścin ze względu na panujący tu zimą klimat. Mieliśmy tu wprawdzie spać, ale ze względu na wcześniejszy wyjazd z Fez – byliśmy tu dużo wcześniej. Zresztą nic ciekawego tu nie ma, Lasy cedrowe to zwykłe sośniaki, generalnie nie ma na czym zawiesić oka. No przynajmniej przy drodze. Nawet jedzenie, choć niezłe i w ładnej scenerii okazało się horrendalnie drogie (1000 dirhamów!!!!) To był już naprawdę ostatni raz kiedy bez pytania o cenę korzystamy z jakiegoś serwisu… Po obiedzie wszyscy podjarani siadamy na maszyny – w końcu obiecałem pierwszy offroad. Traska biegnie bocznymi dróżkami w kierunku na źródła najdłuższej rzeki Maroka – Oum Rabia. To tylko 120 km ale wiadomo jak wolno pokonuje się kilometry w terenie. A już jest szesnasta. Chłopaki instalują kamery na kaskach dopinamy rynsztunek bojowy i…. Teren okazuje się asfaltem. Wąskim i fajnie prowadzonym po zboczach Atlasu średniego, ale ciągle jest to asfalt. Niby fajnie, ale miny naszych terenowych twardzieli mocno rzedną a i mnie jest głupio – z obiecanego terenu nici. Mijamy rzekome źródła, czy też jakąś przełęcz i nie rozważnie zatrzymuję się. W koło zielone przestrzenie usiane w niespotykany dotąd sposób ogromną ilością kamieni. W głąb tej przestrzeni wchodzi szutrówka… Mimo późnej pory nie maiłem serca nakazać dalszej jazdy. Chłopaki jak psy spuszczone z łańcucha rzuciły się zębami swoich opon na Bogu ducha winną dróżkę. W sekundę zniknęli za wzniesieniem… Chcąc nie chcąc pojechałem z nimi. Ze dwa razy mnie zdublowali jadąc i wracając (droga się kończyła) w tempie Valentino Rossi na torze wyścigowym. Zatrzymałem się w połowie drogi żeby mieć wszystkich na oku. W myślach kotłowały mi się myśli dotyczące wyboru uczestników napalonych na Erzberg a nie na turystyczno-krajoznawcze eskapady… Daleko od domu. Wyjąłem aparat z zamiarem zrobienia jakiegoś ładnego zdjęcia ale tempo przejazdu Pawła po zakrętach szutrowych nie pozwoliło mi nawet podnieść aparatu do oczu… Może to i lepiej bo za to dokładnie zobaczyłem efektowną figurę Norbiego jadącego zaraz za nim. No cóż… Moje obawy zaczynają się urzeczywistniać… Norbi zbiera się – tym razem nie ma strat w ludziach i sprzęcie… Uff. Dojeżdżam do reszty chłopaków. Michał z Pussim deliberują na końcu drogi po czym ruszają. Od mojej strony zap… szybko jedzie z powrotem Paweł. Spotykają się z Pussim dokładnie na zakręcie No ja pier… teraz to już musiało się coś stać… Na 500m szutru dwie gleby. Ludzie. No tak, to my nigdzie nie dojedziemy. Teraz już jestem nieźle wpieniony… Coś czuję, że w tym tempie ta wyprawa za długo nie potrwa. Trochę pokory! Klepię standardową formułkę o byciu daleko od domu, przygotowaniach i zepsutej zabawie wszystkich uczestników bla bla bla… Zbieramy zabawki, strat niema. Oglądam filmik na podglądzie kamery… kurwa mać… Oczywiście w myśl zasady głupi ma zawsze szczęście - nic nie stało. Jedziemy dalej. Wreszcie kończy się asfalt. Wjeżdżamy na szutrową stokówkę, która zakosami pnie się pod górę. Zachód zaliczamy w pięknej górskiej scenerii. Później wieczorem wyda się, że Norbi wyciął tu zdrowego orła – ale już bali się przyznać, bo były straty. Po efektownej glebie z powodu zbyt dużej ilości dzidy na manetce pomarańczowy motocykl przygniótł mu nogę w śródstopiu. Oczywiście zaraz się wydało, bo jechał jak potulny baranek, no i oczywiście kulał. Rentgen w Krakowie wykazał podgłowowe pęknięcie 5 kości śródstopia. Póki co, jedziemy w niewiedzy z nadzieją żeby ten dzień się skończył. O 1930 jest już czarna noc, a my mijamy leśną przełęcz na 2000m. Robi się chłodno ubieramy się. Całą drogę martwię się jeszcze o Puszka – co w nocy nic nie widzi – a jest oczywiście noc, w dodatku teren i kompletne odludzie. Muszę nagiąć własne zasady (nie jeździć w nocy) i powoli zjeżdżamy serpentynami w dół. W reszcie asfalt i kilka km dojazdówki do głównej nacjonalki prowadzącej na południe. Stacja benzynowa w Zeida i przylegający do niej hotelik to aż zanadto jak na nasze potrzeby. Obalamy flaszkę lub dwie zapasów żołądkowej gorzkiej. Być może była też tajinowa kolacja, ale głowy nie dam. Sporo wrażeń jak na pierwszy offroad w Maroko. Stan budzika: 784km, Przebieg 263 km Następny odcinek (klik)
__________________
pozdrawiam, podos AT2003, RD07A ------------------ Moje dogmaty 0. O chorobach Afryki: (klik) 1. O Mikuni: Wywal to. 2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!! 3. O goretexie: Tylko GORE-TEX 4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów 5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu. 6. Lista im. podoska Załącznik 10655 7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem. 8. O KN: Wywal to. 9. O nowej Afripedii: (klik) Ostatnio edytowane przez podos : 06.09.2010 o 11:50 |
|
|
|
|
|
#2 |
![]() Zarejestrowany: Apr 2008
Miasto: Warszawka
Posty: 1,483
Motocykl: RD07a
Przebieg: 66666
Galeria: Zdjęcia
Online: 1 miesiąc 21 godz 50 min 32 s
|
Zarąbiście fajnie się czyta, no i zdjęcia. Klasa, i w dodarku dwa odcinki na raz. Dzięki
__________________
felkowski sikanie z wiatrem to chodzenie na łatwizne |
|
|
|
|
|
#3 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2005
Miasto: Kraków
Posty: 3,988
Motocykl: RD07a
Galeria: Zdjęcia
Online: 3 tygodni 6 dni 14 godz 28 min 34 s
|
Dzień czwarty
Przez Atlas na pustynię. Schodzę pierwszy na śniadanie, nikogo jeszcze nie ma i czekając co podadzą zerkam na Aldżazirę a tu nagle pokazują obchody katyńskie z placu Piłsudskiego z Warszawy i przemawiającego Kaczyńskiego. No, no, jaka ta arabska telewizja otwarta na świat, nawet tu interesują się polskimi obchodami – pomyślałem robiąc komórką zdjęcie telewizora. Uznałem ze będzie śmiesznie zamieścić to na forum po powrocie. Kelner przyniósł sok pomarańczowy a ja z dumą, wskazując telewizor mówię : - Bolanda! [arabski: Polska] ![]() Na to kelner mówi, że straszna rzecz się stała, i najchętniej by mi nie mówił ale rozbił się samolot z prezydentem i nikt nie przeżył. Oczywiście nie uwierzyłem, ale czerwony pasek informacyjny na ekranie z pokryty niezrozumiałym arabskim pismem i widoczną liczbą 87 zaczyna nabierać nowego znaczenia. Po 15 minutach ciągłego pokazywania zdjęć Kaczyńskiego i ceremonii obchodów z Polski, mam przekonanie, że coś się jednak stało. Schodzą się chłopaki i pierwszy SMS z Polski rozwiewa nasze wątpliwości. Norbert powoli odczytuje nazwiska zabitych w katastrofie… Znajdujemy jeszcze CNN, ale słowa nie są już potrzebne… Dojadamy śniadanie i zwijamy się powoli, każdy pogrążony w swoich myślach, wspomina osoby mu bliższe lub dalsze, których już nigdy nie zobaczy. [*][*][*] Nasz plan przewiduje dziś dotarcie do Merzougi i słynnych wydm Erg Chebbi. Ta nieprawdopodobna kupa piachu ma około 7-8 km szerokości i około 30 długości a piaskowe szczyty sięgają 170 m. To najwyższe wydmy Maroka. Zanim jednak do nich dotrzemy musimy pokonać pasmo Atlasu Wysokiego. Wiedzie przez niego wygodna asfaltowa droga, równa jak stół, zupełnie bez emocji. Przełęcz też nie przekracza 1900 metrów, jest jeden króciutki Tunel Legionistów koło malowniczego przełomu Rzeki Ziz. Kręcimy zakręty pod górę z dużą przyjemnością, Paweł zjeżdża do samej rzeki jakąś boczną szutrówką i stęskniony offroadu zakopuje się po osie. Jest zatem okazja do małej przerwy. Dalsza droga to już zjazd coraz niżej i niżej, góry zostawiamy za sobą, klimat staje się suchszy i staje się coraz cieplej. Morskie wilgotne powietrze skutecznie jest zatrzymywane prze góry Atlasu, zieleń została po drugiej stronie gór, gaje palmowe występują tylko w skupiskach w dolinach rzek. Zabudowa również już saharyjska, niskie gliniane kwadraciki, raczej bardzo ubogie. Jesteśmy w innym kraju. Mijamy kolejne miejscowości Errachida, Erfoud. Pierwszy piach napotykamy w okolicach Rissani, ale ponieważ najwyraźniej często wdzierał się na nacjonalkę zostaje ujarzmiony charakterystycznymi płotkami. Na szczęście, bo moje wilki nieuchronnie zryłyby je kostką. W przerwie obiadowej w knajpce koło ostatniej cywilizowanej stacji benzynowej w Rissani dostajemy namiar od kelnera na kabash przy samych wydmach Erg Chebbi. Zapamiętujemy cenę 150 od łba albo 250 z wielbłądową wycieczką na wschód słońca. Kilkanaście kilometrów za Rissani robi się płasko jak stół dookoła, równina po horyzont pokryta jest drobniutkim kamieniem. Uznaję, że poloneza czas zacząć i zjeżdżam z czarnego… Rozwydrzona dzicz za moimi plecami tylko na to chyba czekała, Pooooszliii! Świsnął szuter spod kół, i zniknęli w chmurze pyłu. Na horyzoncie majaczyły już wydmy Erg Chebbi. Jeszcze tylko wbiłem waypoint ze spaniem i też odkręciłem manetkę. Niedługo później dojeżdżamy do wieeelkiej piaskownicy. Prawie 200 metrowe hałdy piachu górują nam nad głowami, Ogromne wydmy wzbudzają respekt, kompletnie nie widzę możliwości przejechania przez nie. Widzę ze chłopaki aż rwą się żeby wjechać na najwyższą tę 170 metrową Erg Chebbi. Mimo iż podróżnicze tuzy odradzają wjazd wewnątrz wydm listując długą listę niebezpieczeństw czyhających aby pognębić niedoświadczonego motocyklistę, nie mam złudzeń, że nie uda mi się namówić kogokolwiek na porzucenie prób ataku na piach. To, że da się to zrobić, to wiemy, tyle, że na trochę lżejszym sprzęcie. Jest już późne popołudnie, szybko znajdujemy poleconą Kasbę (Erg Chebbi zresztą), nie dajemy się naciąć powołując się na kuzyna z Rissani i błyskiem zrzucamy bety z motocykli (Pussy nawet odkręcił swoją lodówko-chłodziarkę-zamrażarkę do lodów bambino) i rzuciliśmy się w przylegające wydmy. Łatwo powiedzieć: „nie rozdzielamy się” - trudniej zrobić, po 30 sekundach byłem sam w swoim własnym piaskowym korytarzyku… Każdy wybrał jakąś swoją scieżkę po „twardym” dnie lub grzbiecie wydmy i odjechał w niewiadomym kierunku. Ja tez sobie odkręcałem mocno manetkę, co utrzymywało mnie na wierzchu aż postanowiłem podjechać pod niską wydmę od jej ostrej krawędzi. Miała może z 1,5 metra wysokości, więc uznałem ze rozpędem sobie na nią wskoczę. Odkręciłem bardziej szykując się do lotu i… Motocykl wbił się po osie w sypki jak mąka piach pod kątem 45 stopni. I tak został. Ja oczywiście walnąłem betami w bak i spadłem obok. To była bardzo szybka lekcja o konstrukcji i twardości wydm saharyjskich (pewnie innych też). Zatem zapisujemy sobie: wydmę bierzemy od strony łagodnej i unikamy jej ostrego spadku po stronie przeciwnej. No, ale moto zakopane stoi „na sztorc” lampą w górę a ja samiuteńki… Wkoło panuje idealna cisza. Zdaje się, że wszyscy skończyli szybko i podobnie jak ja… Ni z stąd ni zowąd wyskakuje za pobliskiego wzgórka arab w błękitnym turbanie lokalnych Tuaregów. To prawdziwy fachura, widać że nie jeden pojazd wyciągnął z tutejszego piachu. Nic go nie przerażają gabaryty Afryki z politowaniem patrzy na mnie szarpiącego się z zakopanym motocyklem i instruuje swoim niezłym angielskim. Motocykl przewracamy, zakupujemy dziury po kołach i ciągnąć za przednie koło obracamy motocykl kołem w dół. Stawiamy i z łatwością zjeżdżam na równe. Obracam się a mój Arab już siedzi na piasku i rozkłada swój mały kramik a gadżetami. Skamieliny, jaspisowe jajka i tuaregowskie naszyjniki. Gadkę ma przygotowaną, nie chce kasy za pomoc tylko żeby ja coś kupił i tak pomógł jemu i jego tuaregowskiej rodzinie przetrwać. Nie przeżyć tylko przetrwać. Mnie jest głupio jak cholera, on wie ze jest mi głupio, taka lokalna gra-pułapka, na którą dałem się złapać. Nie chce nic kupować, nie mam gdzie wziąć zakupów i nie mam kasy – wszystko na bazie, a my chcemy jeździć. Arab czyta w moich myślach – proponuje zakupy jutro rano przed naszym wyjazdem. Idę na to i błyskawicznie się zrywam. Jeszcze tylko mój nowy koleszka upewnia się jak mam na imię. - Krzysztof – prezentuję się. - Achmed – przedstawia się Achmed – i już wiem ze mam przesrane. Jadę z powrotem tam gdzie się pogubiliśmy. Spotykam Kajmana – na trzęsących się nogach opowiada jak o mało co nie „strzelił dacha” swoim Patrolem, oczywiście pociągnęła go stroma cześć wydmy… Za chwilę oglądamy jak Puszek wali spektakularnego „dacha” – również na stromej krawędzi. Zjeżdżają się po kolei chłopaki, każdy bardziej lub mniej pokonany… Waldek przyjeżdża ostatni, z miną nie wyraźną – też się gdzieś wrypał i wyciągnął do jakiś arab w niebieskim turbanie. Jest z nim umówiony na zakupu na rano... Erg Chebbi niezdobyta i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Wracamy do bazy i oczekując na kolację robimy szybką przepierkę naszych śmierdzących ciuchów. Duże wzięcie ma korek do umywalki z listy im. Podoska. Tradycyjnie późnym wieczorem wjeżdża obiad – tradycyjne Tajin i miętowa herbata, no i w ramach ubijania obcej flory bakteryjnej – cola i jakaś polska wódeczność. Padamy na twarz i zasypiamy błyskawicznie. Stan budzika: 1092km, Przebieg 308 km Następny odcinek (klik)
__________________
pozdrawiam, podos AT2003, RD07A ------------------ Moje dogmaty 0. O chorobach Afryki: (klik) 1. O Mikuni: Wywal to. 2. O zębatce: Wypustem na zewnątrz!!! 3. O goretexie: Tylko GORE-TEX 4. O podróżach: Jak solo to bez kufrów 5. O łańcuszkach rozrządu: nie zabieram głosu. 6. Lista im. podoska Załącznik 10655 7. O BMW: nie miałem, nie znam się, nie interesuję się, zarobiony jestem. 8. O KN: Wywal to. 9. O nowej Afripedii: (klik) Ostatnio edytowane przez podos : 06.09.2010 o 11:52 |
|
|
|
|
|
#5 | |
![]() Zarejestrowany: May 2008
Posty: 234
Motocykl: RD07a
Online: 1 tydzień 1 dzień 2 godz 17 min 20 s
|
Cytat:
![]() ![]() ![]() Filmiki wymiatają!!! Czaduuu! Chcemy więcej !!! Chce-my więcej!!!
|
|
|
|
|
![]() |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
|
|
Podobne wątki
|
||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Maroko na żywo, kwiecień 2011 | stoner | Umawianie i propozycje wyjazdów | 4 | 01.04.2011 18:43 |
| Maroko kwiecień 2009 | consigliero | Trochę dalej | 12 | 18.01.2010 10:56 |