|
![]() |
#1 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2010
Miasto: Legnica, Złotoryja, Łódź
Posty: 104
Motocykl: RD07a
Przebieg: Rośnie
Galeria: Zdjęcia
![]() Online: 1 tydzień 1 dzień 12 godz 24 min 14 s
|
![]()
DZIEŃ III 24.08.2011r 412km
Kurde, spanie w łóżku fajne jest ale pod szmatą przyjemniej. Czekamy aż słoneczko wygoni resztki wilgoci z naszych ciuchów i odpalamy ślicznotki. Wreszcie zaczynają się pasma górskie i jest trochę chłodniej. Wspaniałe winkle i piękna dziurawa droga to super odskocznia od przejechanej monotonii a i dupa tak nie boli. Niestety po około 70km fajna traska się kończy i znów proste odcinki, znów od 37 do 40 kresek na temperaturopokazywaczu, uff, można zdechnąć, nienawidzę gorąca (choć po kilku dniach się okazało, że to jeszcze lajf). Znów nuda choć widoki dużo zacniejsze. Wjeżdżamy do Sibiu. Na wjeździe wzdłuż drogi pas startowy miejscowego lotniska. Wrażenie zaje... bo właśnie obok mnie poderwał się samolot i nie powiem trochę mnie przestraszył przechodząc obok mnie, ale miałem wrażenie, że jedzie trochę szybciej ode mnie ![]() 36.JPG Na trasie jak zawsze dużo motocykli, GSy, Africzki, jakiś V Strom a nawet jeden Cruiser. 1/3 drogi pokryta nowym błeee asfaltem ale na stronie południowej piękne dziury i wyrwy w jezdni. Pod szczytem jak zawsze pasące się stada koni. Zawsze mnie dziwiło, że nikt ich nie pilnuje, a nawet nie są powiązane. Jako, że okolicę znam bardzo dobrze odpuściłem sobie podziwianie widoków a skupiłem się na większym odkręceniu, ach te winkle, morda się haha a serce raduje. Znów robi się fajowo, szczególnie gdy lekko się kiwa wypasione, klimatyzowane fury z facetami mającymi wielkie gały, że ktoś śmiał ich wyprzedzić. Chłonę soczystą zieleń i porównuję teraźniejszą Rumunię z tą z przed czterech lat, niestety bardzo się zmieniła ale cóż, każdy dąży do cywilizacji. Napotykamy kilka odcinków zwężonych do jednego pasa, bo drugi wybrał wolność i zwalił się w dół. Przed dwoma laty tego jeszcze nie było, cóż żywioł robi swoje. Zaporę, choć piękna przelatujemy bez zatrzymania, widziałem ją już wiele razy, szkoda czasu a słonysio coraz niżej. Pod koniec trasy zjeżdżamy na bok, trzeba się rozejrzeć za obozowiskiem. Kotwiczymy w uroczej, skalnej kotlinie nad strumieniem. 46.jpg Jest woda, jest mycie i pranie. Rozkładamy się, robi się rześko i ciemno. Many ciśnie do wiochy po browar, że mu się chce?. Walę się przed namiotem z kubkiem zupy w garści. Wracają wspomnienia z przed czterech lat kiedy to Rumunię pokazał mi Izi. I znów mam przed oczami jego roześmianą gębę a przez całą wyprawę mam wrażenie jego obecności, bo on zawsze jest z nami. Niebo rozświetlone milionem gwiazd, obok jeden z zamków Władka Drakuli, a wokół stada drących mordy świerszczy - sielanka - kocham Transylwanię. Wraca Many z browarem. Gul, gul, gul, dzień się kończy, następny dzień przygody, choć mam wrażenie, że ona dopiero nadchodzi. |
![]() |
![]() |
![]() |
#2 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2010
Miasto: wilidż Opole
Posty: 2,547
Motocykl: CRF 1100
Przebieg: 0 kkm
![]() Online: 2 miesiące 2 dni 6 godz 44 min 56 s
|
![]()
EFES to chyba turecki browar. Czyżby dostępny w Rumunkowie?
Ostatnio edytowane przez Rychu72 : 15.12.2011 o 13:55 |
![]() |
![]() |
![]() |
#4 |
![]() Zarejestrowany: Sep 2010
Miasto: Łódź
Posty: 603
Motocykl: Ansfaltowy pedał
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 2 dni 10 godz 53 min 45 s
|
![]()
Napieraj kolego, bo fajnie jest zobaczyć znajome tereny w cudzej opowieści.
|
![]() |
![]() |
![]() |
#5 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2010
Miasto: Legnica, Złotoryja, Łódź
Posty: 104
Motocykl: RD07a
Przebieg: Rośnie
Galeria: Zdjęcia
![]() Online: 1 tydzień 1 dzień 12 godz 24 min 14 s
|
![]()
DZIEŃ IV 25.08.2011r 571km
O 06.oo wyciągamy się z namiotów. Poranek przepiękny, w koło żywa przyroda i wreszcie żadnych ludzi, w zasięgu wzroku nikogo. Kawa, chińska zupka i naprzód. Na początek walka z luźnymi kamolami żeby się wydostać z kotliny. 62.JPG Droga przez Rumunię jak zawsze fajna i ciekawa. Oczywiście wybieramy boczną drogę wzdłuż autostrady. Przyjemna, kręta, nierówna, przez urokliwe wioski a lokalny ruch jest znikomy. Można trzymać 90 prawie non stop. Mijamy cegielnię gdzie cegły lepi się z wykopanej obok gliny i wypala się w prymitywnych piecach. Pracujący przy tym ludzie są spaleni słońcem na mahoń. Przed domami leżą ułożone w stosach gliniane cegły cierpliwie czekające na kupujących. Zainteresowania towarem nie widać. Wjeżdżamy do Bułgarii.Drogi z reguły betonowe, dziurawe, ruchu prawie zero. Przez około 100km ciśniemy w kierunku Varny a potem uciekamy na boki. W porównaniu z Rumunią Bułgaria to III świat. Zastanawiam się czy Ci, którzy decydowali o jej wejściu do Unii zjechali z bocznej drogi. Mijane wioski dosłownie się rozpadają a wyzierająca ze wsząd bieda aż piszczy. Łapie na mapie papierowej i ustawiam w navi miejscowość Kamicija. Wg mapy są tam dwa kempingi nad samym Morzem Czarnym więc to nasz cel na dzisiaj. Można by się umyć i wyprać. Wchodzimy w góry. Fajne serpentyny ale droga praktycznie nie istnieje. Jedziemy powoli mocno lawirując między wielkimi dziurami. Na szczęście jest sucho bo w razie opadów cienko by było w błocie. Rzadko mijamy jakiś pojazd. Dociera do mnie, że jak na drogę do miejscowości wczasowej to tak trochę nie halo. Wreszcie jest Kamicija. Wioska zapomniana przez Boga i ludzi. Wokół góry a morza ni hu... nie widać. Ee, na pewno jest za następną górą. Jedziemy. Kurde, za następną górą jest - następna góra. Za następną - następna. Wjeżdżamy do następnej wioski. Bieda jak w poprzedniej. Przed domami, na ławeczkach masa gawiedzi znudzonej życiem. Siedzą i tępo się gapią przed siebie, to chyba tutaj najlepsza bo jedyna rozrywka. Swoim pojawieniem wzbudzamy poruszenie i niemałą sensację. Robi się spore zbiegowisko, trzeba to wykorzystać. Pytam czy ktoś mówi po rosyjsku. Oczywiście wszyscy. Po chwili okazało się, że mówią po rosyjsku jak ja po angielsku (czyli fuck you i coca cola). Na szczęście udało mi się porozumieć z jedną dziewczyną, więc pytam, którędy do morza. Niestety bidulka zrobiła głupią minę i nie potrafiła mi powiedzieć. Wyciągam mapę - pokaż mi skarbie chociaż gdzie jesteśmy - niestety na mapie też nie potrafiła się zlokalizować. Widać tutaj ludzie mają pojęcie o geografii tak jak i na Ukrainie czyli żadne. Wszyscy chcieli pomóc ale nie dali rady, cóż liczą się dobre chęci ale my nadal jesteśmy w czarnej dupie. Ruszamy dalej. W następnej wiosce postęp, zagadnięty starszy pan (pamięta jeszcze russkij jazyk) mówi, że do morza blisko i pokazuje nawet kierunek. Jedziemy. Po kilku km natrafiamy na wioskę, która jest zaznaczona na mapie i szok... jesteś my jakieś 60km od morza. Zaznaczona na mapie jako leżąca nad samym morzem Kamicija okazuje się w rzeczywistości, że jest od niego oddalona o 70km, ot drobnostka, taka kartograficzna zmyłka ![]() 65.JPG Szybko stamtąd wyprułem w pobliskie krzaki. Było lepiej. Węzeł sanitarny to wystająca rura z wodą, a domki kempingowe same się rozłażą. 69.JPG Pewnie po Bułgarsku exkluziv znaczy skansen. Rozłożyliśmy się szybko, zupka, jakaś zdechła konserwa, browarek przed namiotem i spać. Niestety ze spaniem też było słabo bo do rana towarzyszyło nam donośne Bulgartechno. 64.jpg CDN... |
![]() |
![]() |
![]() |
#6 |
![]() Zarejestrowany: Jun 2011
Miasto: Mińsk Mazowiecki
Posty: 528
Motocykl: KTM 1190 adv
![]() Online: 1 miesiąc 3 tygodni 3 dni 11 godz 10 min 26 s
|
![]()
Super się czyta, dawaj, dawaj, nie przestawaj
![]()
__________________
Raz na wozie, raz w nawozie CUinHell na forum TA |
![]() |
![]() |
![]() |
#7 | |
![]() |
![]()
Czytam z zaciekawieniem i czekam na wisienkę na torcie
![]() Cytat:
Jeśli jechaliście na GPS-a to najprawdopodobniej doprowadził Was do innej Kamciji niż ta nad morzem, bo generalnie Kamcija to nazwa rzeki więc wiosek o takiej nazwie pewnie jest wiecej. |
|
![]() |
![]() |
![]() |
#8 |
![]() Zarejestrowany: Mar 2011
Miasto: Koło
Posty: 253
Motocykl: XTZ 660 3YF
![]() Online: 2 tygodni 4 dni 20 godz 54 min 52 s
|
![]()
Dalej dalej dalej
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
#9 |
![]() Zarejestrowany: Feb 2011
Miasto: Poznań i okolice
Posty: 42
Motocykl: nie mam AT jeszcze
![]() Online: 1 dzień 8 godz 37 min 0
|
![]()
Fajna relacja. Dawaj dalej!
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
#10 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2010
Miasto: Legnica, Złotoryja, Łódź
Posty: 104
Motocykl: RD07a
Przebieg: Rośnie
Galeria: Zdjęcia
![]() Online: 1 tydzień 1 dzień 12 godz 24 min 14 s
|
![]()
DZIEŃ VI 27.08.2011r 371km
06.30 desant z namiotu. Many jeszcze charczy więc Biorę ręcznik i idę całe 20 kroków do morza. Woda super choć wiatr przyniósł do brzegu jakąś sałatę, za to jest cieplejsza i bardziej słona (czyli wyporna) niż w Morzu Czarnym. Pławiłem się z przyjemnością. Niestety od morza dość porządnie dmucha. Kawa na śniadanie. Cholera wczoraj w nocy zeżarłem konserwę o subtelnej nazwie wojskowa i do tej pory chce mi się rzygać. Zwijamy się i po krótkiej penetracji portu ruszamy do Istambułu. Droga piękna, równa, po prawicy przez cały czas ciągnie się błękitno zielone morze. Widoki bajkowe. W brzuchu burczy więc zatrzymujemy się na śniadanie. 93.jpg 96.JPG Dopieszczony słońcem arbuz z przydrożnej ciężarówki smakuje rewelacyjnie. Docieramy do Istambułu . Miasto poraża mnie swoim ogromem i podnieca pięknem. Niestety ruch jest przerażający. Wszystkie zmysły naprężone, lewa na sprzęgle prawa na hamulcu, suniemy z prędkością żółwia błotnego. Jak się zrozumie filozofię tureckich kierowców można przeżyć choć łatwo nie jest. Sprawny klakson to podstawa. Jeszcze nie jechałem przez tak wielkie miasto, z obrzeżami ma chyba 90km długości. Docieramy do mostu nad cieśniną Bosfor. Jest potężny i przepiękny a widok z niego oszałamiający. Niestety zdjęcia musiałem robić tylko podczas jazdy i to z ukrycia bo most jest z obydwu stron pilnowany przez policję z długą bronią i wejście na piechotę na niego jest niemożliwe. Nie wiem czy to obawa przed terrorystami czy jest inny powód. W każdym bądź razie nielzja. Po minięciu mostu stajemy przed bramkami. Widocznie za przejazd się płaci. Zapalamy po fajeczce żeby się zorientować jak się płaci na bramkach gdy podjeżdża do nas autokton na skuterku. Obejrzał nas dokładnie i powiedział „motor no kesz” i pokazał żeby jechać za nim. Podjechaliśmy do bocznej wąskiej bramki, której szlaban był otwarty i bez przeszkód przejechaliśmy. Kurde, zdałem sobie sprawę – jestem w Azji. Po około pięciu godzinach przedostaliśmy się przez Istambuł. Choć piękny nie żałuję, że jest już za mną. 1418.JPG Ruch jak cholera, temperaturka podobnie. Tankujemy benzynkę po trzy dolki, ale niestety od ceny mocy nie przybywa. Jako, że Afryczka ma alergię na autostrady wybieramy drogę nr 100 i idziemy na Gebze. Od autostrady różni ją chyba tylko to, że są na niej skrzyżowania, a i oczywiście nie jest płatna. Suniemy wartko do przodu, ruch troszkę zelżał a po prawicy przez cały czas piękny lazur Morza Marmara i stojące na redzie majestatyczne statki. Są wielkie. Mijamy Izmit i uciekamy na 605 w kierunku Morza Czarnego. Ruch całkowicie się uspakaja a i temperaturka znośna, 27stoni ale powietrze mniej wilgotne i niestety wiaterek duje jak wściekły. Przez cały czas idziemy w złożeniu choć czasem tak dmuchnie, że brakuje nam pasa. Z Kandira uciekamy bokami na Karasu. Droga przepiękna przez góry, masę winkli i frajda z jazdy. Niestety trafiliśmy na porę sprowadzania bydła z pastwisk i musimy się przeciskać przez stada maszerującej wołowiny ale na szczęście krasule nie mają nam tego za złe i nie dążą do konfrontacji. Natrafiamy na piękną nadmorską drogę, całkiem jak u nas przed Euro, w budowie, ale tutaj jakoś nikt się tym nie przejmuje i ruch odbywa się prawie normalnie. Niestety jazda wypakowaną Afriką przez piaskową autostradę, lawirując między maszynami budowlanymi nie jest zbyt lajtowa to udaje się przebyć ją bez strat. Jak survival to survival pies się topi łańcuch pływa. 122.jpg Z jakiegoś szczytu widać po lewej majestatyczne, błękitne morze. Mordy się cieszą bo słoneczko zaczyna powoli kończyć dzienną wędrówkę a spać gdzieś trzeba. Zajeżdżamy do Yenimahatle. Przejeżdżamy przez most, tutaj do morza wpada jakaś rzeka. Skręcamy wzdłuż rzeki i kierujemy się do morza. Wioseczka sprawia wrażenie wyludnionej choć kiedyś musiała być jakimś ośrodkiem wypoczynkowym. Dojeżdżamy do miejsca gdzie ląd mówi dowidzenia. Po lewej jakaś parterowa knajpka, po prawej dom, którego życie chyli się do końca ale ma fajny ogród i trochę trawy. Z knajpki wychodzi do nas około trzydziestoletni jegomość. Tradycyjnie podnoszę prawą dłoń w geście powitania, odpowiada – jest dobrze. Zaczynam (w esperanto oczywiście) - słuchaj gdzie możemy rozłożyć namioty? - gdzie chcecie, i gestem zatacza szeroki krąg - słuchaj ale tu na plaży jest piach i szpilki nie będą trzymać Gestem pokazuje na ogród, zsiadam z Afri i idę za nim. Jeju Ameryka, trawka, krzesła ogrodowe i stolik a nad nimi winogronowe pnącza ze zwisającymi kiściami owoców i niski murek chroniący od silnego wiatru i bryzy z fal rozbitych o skalistą plażę a wszystko to 15m od morza. Kurde boska kraina. Pokazuję mu, że super. - ale ile to będzie kosztować? - jak to kosztować? Przecież jesteście moimi gośćmi – odpowiada. Pokonujemy parę schodków i wjeżdżamy do bajkowego ogrodu. W promieniach pięknego zachodu słońca rozkładamy obóz, wiatr duje jak cholera. Nasz dobrodziej z ciekawością przygląda się naszej krzątaninie i pokazuje, że podoba się mu nasz sprzęt. Gdy się rozłożyliśmy a przepocone ciuchy wietrzyły się tradycyjnie na sznurach pokazał nam gdzie jest toaleta, woda i zaprosił pod winogronowy dach na caj. 130.JPG Popijając caj jeszcze chwilę porozmawialiśmy często używając rąk aż nasz dobrodziej powiedział, że musi iść do restauracji. Zapytałem go czy ma „Bira, Efez” skinął głową i po chwili przyniósł cztery flaszki. Powiedział, żebyśmy wypili tu bo (wskazał na knajpkę) tam nie można, jest RAMAZAN wyjaśnił. Ramadan powiedziałem ale on znów powtórzył Ramazan i pozdrawiając nas odszedł z uśmiechem. Nie muszę Wam chyba opowiadać o smaku zimnego Browarka wlewanego do gardła po przejechaniu piaskowej autostrady, w cieniu winogrona, w promieniach zachodzącego słońca i łoskotu fal rozbijających się o skałki brzegowe. Wyciągnąłem mapę, rozłożyłem i rzekłam jak królewna mieszkająca za siedmioma górami i siedmioma dolinami „kurwa jak my jeszcze mamy daleko” ale już byłem zakochany w Turcji i niekoniecznie chciałem końca podróży. Zrobiło się ciemno i przyszedł do nas kucharz z knajpki naszego dobrodzieja, który jak się okazało przez dwa lata pracował w Moskwie przez co znał troszkę rosyjski i był przeszczęśliwy, że mógł z nami pogadać. Zaprosił nas do knajpki jak to powiedział na Efez i kolację. Mówię mu, że przecież jest Ramazan ale stwierdził, że już jest ciemno i Allach nie widzi. Ponieważ korzystamy z gościnności stwierdziłem, że wypadało by w rewanżu zostawić trochę kasy w knajpce więc ulegliśmy zaproszeniu. Knajpka była typowo rybna. Many zapodał sobie ogromną rybkę, mięsistą, świeżutką, prosto z kutra – widocznie była przednia bo zajadał się z uśmiechniętą gębą a ja, że rybki niekoniecznie to zdałem się na szefa kuchni i dostałem wyśmienite baranie kotleciki. Były przednie. Niebo w gębie, do tego ostre zielone papryczki i micha warzyw. Oczywiście w tureckim zwyczaju pieczywa do oporu. Zresztą pieczywo też mają przednie. Im bardziej po zmroku to w knajpce zaczynał się ruch a i miejscowi w napitkach też nie oszczędzali. Widocznie faktycznie po zmroku Allach nie patrzy. Posileni konkretnie i napełnieni Efesem do oporu, zadowoleni z życia wleźliśmy do namiotów. Obok nas fale rozbijały się o skalisty brzeg więc Morfeusz szybko otulił mnie swoimi skrzydłami. CDN.... Ostatnio edytowane przez Miętus : 24.01.2012 o 10:36 |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
![]() |
||||
Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
Maramuresz - 100 kilometrów offu solo [Sierpień 2011] | bukowski | Trochę dalej | 21 | 08.01.2014 13:15 |
Bałkan trip, prawie solo. [Sierpień 2011] | majki | Trochę dalej | 129 | 18.01.2012 16:52 |
Albania/Czarnogóra 6-21 Sierpień 2011 | Jaca GDA | Umawianie i propozycje wyjazdów | 24 | 02.08.2011 21:59 |
ISLANDIA-sierpien 2011 | myku | Umawianie i propozycje wyjazdów | 18 | 30.03.2011 18:14 |
Maroko sierpień/wrzesień 2011 - wybiera się ktoś...? | Joseph | Umawianie i propozycje wyjazdów | 12 | 18.02.2011 20:01 |