![]() |
#91 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
Wielkie dzięki!
= = = 20250519_10531412671.jpg Przejazd przez Tabriz to udręka. Niekończące się miasto. Odwykłem od takiego natężenia ruchu. Kierunków nikt nie używa, rzadko kiedy samochody jadą zachowując swoje pasy ruchy, które często nawet nie są wymalowane na jezdni. Dość częste stacje CNG. 20250519_12143312681.jpg O 13.04 docieram do granicy irańsko-tureckiej w Bazargan / Gürbulak. Wielkiego ruchu nie ma, jestem trzecim pojazdem w kolejce. Stoję i czekam zobojętniały na rozwój sytuacji. Nie lubię granic, pewnie jak każdy. Ale nastawiam się psychicznie, że swoje muszę tu odpękać. Już po chwili podchodzi fixer, który jednak nie potrafi powiedzieć po angielsku ani słowa, więc nie zamierzam powierzać w jego ręce swoich dokumentów. Jednak po 2 minutach podchodzi inny, ze znajomością mowy Albionu. Wszystko za ciebie załatwię za 70 euro. Stary, chyba żartujesz!? Nie mam tyle i koniec. No, ale zobacz ile to godzin stania, ja to załatwię w 10 minut! Zgoda, ale dam ci 50. Trzeba przyznać, że Payman, bo tak miał na imię, pozałatwiał co trzeba w 25 minut. Stoimy chwilę w cieniu budynku, jednak wjazd do Turcji jest niemożliwy. Przed zamkniętą bramą, a właściwie dwiema oddalonymi od siebie jakieś 10 centymetrów, irańską i turecką, stoi z 10 samochodów i mój motocykl. I dobre 20 minut nic się nie dzieje. Z natury jestem mało cierpliwy, więc po upływie kolejnych 20 minut zaczynam dopytywać kogo popadnie. Halo, stało się coś? Przepraszam, czemu nie jedziemy? https://www.youtube.com/clip/UgkxUTB...Pa3ioY89UgmgD2 Cała ta granica między państwami, wygląda jak granica między chlewem, a oborą w upadłym pegieerze. Jeden wielki syf! Dykty, folie, blachy, porzucone place budowy, dziurawa, kręta i pyląca droga między tym wszystkim. Ohyda i wstyd. Payman już dawno sobie poszedł i nie ma tu nikogo więcej, kto by coś powiedział. Jedyne co mogę zrobić, to zobojętnieć i trwać. A także współczuć ludziom – mrówkom, których widzę za kratami, szybami w ciasnych, dusznych korytarzach, stłoczonych, stojących, siedzących na podłodze. Zapewne spędzili tu wielokrotnie więcej czasu niż ja. Jak w obozie dla uchodźców… Dramat. W końcu jakiś ruch. Z budki wychodzi 5 gości w koszulach, marynarkach, irańska brama uchyla się na metr, ze strony tureckiej podchodzi 3 gości i brama też odjeżdża na metr. Zaczyna się dyskusja, tłumaczenie, przekonywanie, gestykulacja, a czas leci. Tak płyną kolejne minuty. W końcu ktoś mi objaśnia translatorem, że była próba przemytu narkotyków i stąd to zamieszanie. W końcu, po 3 godzinach, na skraju mentalnego wycieńczenia, o 15.56 wjeżdżam do Turcji. Ukojenie przychodzi po pierwszych kilometrach jazdy pustą szosą. Jest słonecznie i chłodno, raptem 20C. Po prawej stronie mam wspaniały widok na ośnieżony wulkan Ararat, „Świętą Górę” Ormian. De facto, Ararat składa się z dwóch głównych szczytów: stale ośnieżonego Wielkiego (Büyük Ağrı Dağı), 5137 m npm (najwyższy w Turcji), i Małego (Küçük Ağrı Dağı) o wysokości 3927 m npm. Wulkan ostatni raz wybuchł w 1840 roku. Warto przypomnieć, że wg Księgi Rodzaju, Arka Noego po przejściu potopu miała osiąść właśnie w górach Ararat. 20250519_15404512701.jpg Trasa E80, którą jadę od granicy prowadzi między górami o wysokościach 2,5 – 3 tysiące i więcej m npm. Wokół mnie bezleśne wyżyny, doliny, zazielenione pagórki, strome zbocza, a wyżej ośnieżone wierzchołki górskie. Ciężko znaleźć dobre miejsce, by przyłożyć głowę. Myślę więc, że dziś będzie mi lepiej wśród ludzi. Odbijam z głównej trasy i po kilku kilometrach widzę maleńką wioskę z górującym meczetem. Mapa wskazuje, że nazywa się Değirmengeçidi. Parkuję na jej obrzeżach, przy ruinie domu. Głos z minaretu wzywa do modlitwy. Ludzie zaganiają krowy na noc do obór. Wioska zasypia jeszcze przede mną. 20250519_19293512721.jpg 20250519_19312312771.jpg |
![]() |
![]() |
![]() |
#92 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
W środku nocy budzę się z zimna i wkładam spodnie, a gry rano wychodzę na zewnątrz odkrywam grubą warstwę szronu pokrywającą tenerę i namiot.
20250520_05071812791.jpg Według nieaktualnego już czasu irańskiego jest godzina 6.54, według lokalnego tureckiego 6.24. Już co najmniej od godziny pasterze wyprowadzają krowy na wyżej położone zielone pastwiska, myślę że obok namiotu przeszło ich kilkaset. Ponieważ „jestem człowiekiem z miasta” (prawie jak Psikutas bez „s” na końcu ![]() 20250520_13304612881.jpg Wspaniałe słońce i 16C. Ale nieprzyjemnie wieje mocny wiatr. 20250520_13421212891.jpg W pewnej chwili spostrzegam jadący z przeciwka motocykl, o poznaję po przednich światłach, że to tenera! Zwalniam, prawie staję, podnoszę rękę w geście pozdrowienia, on odpowiada i przejeżdża jak gdyby nigdy nic. Odwracam się, ale widzę, że nie zależy mu spotkaniu. Trudno. 20250520_14411312911.jpg Jestem w „Dark Canyon” nad Eufratem. Jak podaje informacja na zardzewiałej tablicy, „Kemaliyeliler Stone Road” zaczęto budować w 1867 roku, lecz tempo musieli mieć ślimacze, zważywszy że całkowita długość tej drogi wynosi 8,5 kilometra. Droga ta ma 62 szyby wentylacyjne i 31 tuneli. „Przyciąga podróżników ze świata, entuzjastów off-roadu i motocyklistów, jako konkretny symbol świadomości, determinacji i ciężkiej pracy ludzi Kemaliye”. Akurat mnie zwabił tutaj krajobraz ![]() 20250520_15041612991.jpg A teraz pytanie za 100 punktów. Kto z naszych zostawił swoją wlepkę na tablicy? Miejsce zapowiada się ciekawie. Jadę, ale daleko nie ujeżdżam. Zaczekaj, nie spiesz się i zrób fotę! – mówię do siebie. Nie da się tego tak po prostu przejechać, jest tu niecodziennie i mimo upału co rusz schodzę z tenery, by pstryknąć zdjęcie. Super miejsce! Tu się nie da wolno jechać, tu się wcale nie da jechać, wciąż tylko robię zdjęcia ![]() 20250520_15194013171.jpg Starsi państwo Italiańcy, spędzają tydzień w Turcji. Robię im zdjęcie swoim aparatem, a potem drugie ich komórką. Buona strada! – słyszę od pani. 20250520_15260413211.jpg Dalej stoi tablica zatytułowana dość enigmatycznie (przewrotnie?) „Ian Flanders was here”. Otóż, 21 lipca 2015 roku podczas festiwalu sportów ekstremalnych zginął tutaj 37-letni amerykański base jumper Ian Flanders. Dramat, a także ironia losu, bo jego śmierć została nagrana (i transmitowana na żywo), podczas kręcenia filmu dokumentalnego o śmiertelnych wypadkach w świecie base jumperów… 20250520_15313613261.jpg 20250520_15352813301.jpg 20250520_15450513381.jpg Przyjemne miasteczko Kemaliye, sklepy, piekarnie, biuro turystyczne i hotel. Czuć w nim ducha globtroterów. 20250520_16504313421.jpg 20250520_17215813431.jpg Nad Eufratem w poszukiwaniu miejsca na biwak. Panorama ujdzie, ale ze znalezieniem kawałka prostego terenu może nie być łatwo. 20250520_17273113451.jpg A jednak było łatwo i tuż przy szosie. Wcześniej ze ściany nabieram worek wody do mycia. 20250520_17523413461.jpg 20250520_18530613531.jpg |
![]() |
![]() |
![]() |
#93 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
#94 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
20250521_07444013581.jpg
W południe zjeżdżam z trasy, by uzupełnić kalorie. W mieście Amasya parkuję przed niewielkim barem. Wchodzę do środka, lecz orientuję się, że to raczej cukiernia. Rzeczywiście, pan mówi, że kebabownia jest dwa kilometry dalej. W pobliskim sklepie robię zakupy spożywcze i wracam do motocykla, by w cieniu drzewa wypić chłodny napój. Wtem zauważam, że cukiernik wynosi dla mnie krzesełko, żebym mógł usiąść w cieniu drzewa. Bardzo miło! Sympatyczni Erdi i Erkan w jadłodajni proponują mi do zjedzenia pitę. Sycące i smaczne jedzenie. 20250521_13374513731.jpg 20250521_13510613751.jpg I jak tu nie lubić Turcji? Pyszne jedzenie i życzliwi ludzie! W drodze do Stambułu, wyprzedzam kilkadziesiąt tirów wypełnionych krowami, to pewnie ich ostatnia podróż. Biwak 10 kilometrów na północ od miasta Bolu, 250 km przed Stambułem. 20250521_20202013871.jpg |
![]() |
![]() |
![]() |
#95 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
Zatrzymuję się przy dystrybutorze na stacji shella, podchodzi całkiem miły koleżka mówiący po angielsku. Podaję mu nr blachy do wbicia w dystrybutor. Prosi mnie, żebym zsiadł z motocykla, bo taką mają politykę na tej stacji. Mówię, że wolę być w siodle i trzymać moto pionowo między nogami i on odpuszcza. W ogóle nie mam ochoty na żadną pogawędkę, nie chcę mi się go nawet słuchać, w ciągu kilku sekund robię się gburem, i to bez powodu. Trzymam pistolet na wlewem, ale paliwo nie płynie do baku. On krząta się wokół niesfornego dystrybutora, ale wciąż bez rezultatu. W końcu obojętnie i niekulturalnie oznajmiam, że jeżeli ma problem, to pojadę na inną stację. Koleżka nie daje się jednak zbić z tropu, wciąż zachowując profesjonalizm, co więcej wplata polskie zwroty do rozmowy. A mi się nie chcę z nim gadać… Jakby w jednej chwili ktoś przestawił mi wajchę i wyparowała cała radość z podróży… Wreszcie sukces, paliwo wpływa do baku. A on mnie pyta, czy umyć „szybę” motocykla. Rozbroił mnie
![]() ![]() 20250522_10433514011.jpg Początkowo jadę bezpłatnymi drogami lokalnym, tym bardziej, że są ładne widokowo. Ale zwiększony ruch uliczny w miastach zaczyna mnie męczyć i zjeżdżam na autostradę. Odcinek 160 kilometrów kosztuje mnie 280 lirów (28 PLN), następny bardzo króciutki w Stambule 265 lirów. Stambuł nie ma początku i końca, i mnie męczy. Gdy przed sobą widzę wciąż tylko jego kolejne dzielnice i zapchane arterie samochodów, to muszę sięgać do głębokich pokładów cierpliwości i siły. 20250522_11431414021.jpg Granica w Edirne przebiega całkiem sprawnie, nie pcham się nawet przed stojące w kolejce nieliczne samochody. W ostatniej budce po tureckiej stronie miła pani ściąga ze mnie 16 lirów za HGS (opłaty drogowe). 40 minut i jestem w Bułgarii. Na darmowej autostradzie spowalnia mnie 25-kilometrowy korek. Roboty drogowe. Kierowcy nie mają tu zwyczaju robić miejsca motocyklom, taka kultura. Popas w makdonaldzie, gdzie brak ekranów do samodzielnego obsługi. Niby ujnia jewropejska, ale dziadostwo i inna epoka. Kilkadziesiąt kilometrów przed Sofią zjeżdżam z autostrady w poszukiwaniu noclegu. Wcześniej jednak zakupy. W centrum wioski są 2 przylegające do siebie mini sklepy, warzywniak i niewielki bar, przed którym siedzi kilka osób na ławce. Nie zdejmuję kasku, tylko unoszę szczękę, by szybko załatwić sprawę. Odsłaniam kotarę plastikowych koralików i wchodząc do sklepu pytam, czy można płacić kartą. Nie. Nie, to nie – myślę odwracając się na pięcie. Zaglądam więc do sąsiedniego, pytam o to samo i znowu słyszę, że nie. O kurczę, nie wesoło. Wracam do pierwszego i pytam sklepowej, czy jest tu skąd nabrać wody do picia. Aaa, tam jest woda – macha ręką przez okno na wiejski plac. Gdzie? No tam – znowu machnięcie na odlew w nicość. A do picia się nada? Nada się albo się nie nada! Aha. No, ale to może…, bo nie mam bułgarskich pieniędzy, kartą nie można… Poratowałaby pani butelką wody? Phi! – parsknięcie i odwrócenie obrażonej głowy. Zachodzę więc znowu do drugiego sklepu i do młodej sklepowej kieruję pokorną prośbę o butelkę wody do picia. Zza lady wychodzi jej mąż i wręcza mi upragnioną wodę. Serdecznie ściskam mu prawice i opuszczam wieś Церово. Pyrkam przed siebie powoli rozglądając się na boki. Co ja sobie właściwie wyobrażałem!? Zajeżdżam wielkim, głośnym (i zapewne bardzo drogim) motocyklem na środek wsi, panoszę się w kasku i zbroi jak nadczłowiek-najeźdźca, który podbija świat lokalnych podludzi… I dziwię się, że nie jestem przyjęty z otwartymi ramionami! ![]() Biwak na łące niedaleko rzeki, tuż przy niej nie ma się gdzie rozbić, zbyt żyzne i wilgotne siedliska. Rozkładam wilgotny z poprzedniej nocy namiot, by wysechł w popołudniowych promieniach słońca, a sam idę nad rzekę się umyć. 20250522_18395914041.jpg 20250522_20024114091.jpg Łyk wody Baczkowo, danej od serca! 20250522_19451414071.jpg |
![]() |
![]() |
![]() |
#96 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
W Serbii wciąż panuje większa swoboda niż u nas. Jestem w małej kafeterce przy stacji benzynowej, ludzie siedzą przy stolikach i palą papierosy.
Całą Serbię przejeżdżam autostradą, która zwłaszcza w początkowych 200 kilometrach jest całkowicie pusta. Nieco większy ruch tylko na granicy serbsko-węgierskiej. Na węgierskiej autostradzie gęsto, korki, zwężenia, spowolnienia. Po południu zaczyna mżyć, ochłodziło się do 9C i wieje jak cholera. 20250523_16325014131.jpg 20250523_17382714151.jpg Biwak w lesie niedaleko Abaújszántó. Wicher taki, że trudno rozłożyć namiot. 20250523_19544814221.jpg |
![]() |
![]() |
![]() |
#97 |
![]() |
![]()
Super podróż, fajnie się czyta i ogląda.
|
![]() |
![]() |
![]() |
#98 |
![]() |
![]()
Dawno nie byo mnie tu. A Ty wciąż jedziesz
![]()
__________________
'Przestań naprawiać kiedy zaczynasz psuć' - Ojciec matjasa |
![]() |
![]() |
![]() |
#99 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
W zasadzie już dojechałem. Ale zakończenie i podsumowanie musi poczekać z miesiąc, bo non stop jestem w terenie.
|
![]() |
![]() |
![]() |
#100 |
![]() Zarejestrowany: Jan 2010
Miasto: Warszawa
Posty: 345
![]() Online: 1 miesiąc 1 tydzień 5 dni 15 godz 9 min 59 s
|
![]()
Pozostawione w przedsionku namiotu ciuchy motocyklowe miały całą noc, żeby w pełni nasiąknąć padającym deszczem… Wyruszam ubrany we wszystko co mam, a pierwsze 60 kilometrów jest bardzo ciężkie. Solidnie pada, a ze względu na niską temperaturę (8C) nie chcę jechać szybciej niż 100 km/h.
Na stacji benzynowej dochodzę do siebie przez godzinę. Prognoza pogody nie zachęca do dalszej drogi. Cała wschodnia Słowacja spowita chmurami i deszczem, a także cała południowo-wschodnia Polska aż do Lublina. Przez 4,5 godziny i 300 najbliższych kilometrów czeka mnie tylko deszcz. Już w Polsce, gdzieś na południu kraju zatrzymuje mnie policja. Dwóch miłych policjantów (tak!) gdy usłyszało, że trzęsę się z zimna i każda ilość ciepła z wnętrza ich radiowozu jest dla mnie na wagę złota, pozwalają mi zasiąść na tylnej kanapie ich radiowozu. To niespodziewane dla mnie spotkanie (wiadomo…) kończy się w sympatycznej atmosferze. = = = Na drugi dzień roboczy po powrocie z wycieczki udaję się do Urzędu Celnego w Warszawie (Al. Krakowska 106). Próg biura przekraczam o godzinie 15.27. Okienko, jak w przychodni lekarskiej wykute na wysokości metra od ziemi i żeby coś powiedzieć, to niemal trzeba paść na kolana. Po drugiej stronie dwoje pracowników, każde przy swoim biurku stuka w klawiaturę, usilnie udając, że mnie tu nie ma. Ja: - Dzień dobry, chciałem podstemplować karnet CPD - O, dzisiaj to już za późno, my pracujemy tylko do 16.00. Proszę przyjść jutro. Ja: - No tak, ale mamy jeszcze 33 minuty do 16-stej. - No, ale my mamy jeszcze inne zadania do zrobienia... Ja: - Proszę pani, przecież chodzi tylko o jedną pieczątkę na końcu dokumentu… - Może pan zostawić karnet i jutro do 10.00 go odebrać Ja: - Proszę pani, mimo pani służbowego uśmiechu, wiem, że jestem dla pani tylko problemem i petentem (zgodnie z tabliczką, która wisi na drzwiach). Jeśli go zostawię, to jutro znowu będę musiał tu przyjechać, naprawdę nie mogłaby pani dzisiaj podstemplować? - Może pan zostawić i odebrać jutro do 10.00 – powtarza jak zaprogramowana Ja: - Tylko do 10.00? Przecież urząd pracuje od 10.00 do 16.00 - Tak, tylko do 10.00 Ja: - Czy dostanę potwierdzenie, że dzisiaj zostawiłem tu karnet? Pani wie ile on jest dla mnie wart? - A co pan myśli, że zginie? Przecież to jest urząd. Ja: - Do widzenia. Nazajutrz wchodzę do „urzędu” o godzinie 9.42. Znowu padam na kolana pod okienkiem i widzę, że jej stanowisko jest puste, a on na swoim sterczy podobnie jak wczoraj Ja: - Dzień dobry, chciałem odebrać karnet - Proszę o 15 minut pana cierpliwości … Bez słowa siadam w „poczekalni” (zgodnie z tą samą tabliczką na drzwiach) … Po 9 minutach zostaję zawezwany… - Poproszę pana, oto pana karnet, gotowy do odbioru Na ostatniej stronie dokumentu znajduje się wypis długopisem (łącznie około 30 znaków) oraz pieczątka. Zabieram karnet, wychodzę z „urzędu” i zawożę go do PZMot. Po 11 dniach otrzymuję przelewem zwrot kaucji. |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
![]() |
||||
Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
Iran 2022 – tym razem naprawdę! | Dredd | Trochę dalej | 63 | 19.05.2025 20:16 |