Na prośbę ocoloko, mały updejt
Dwa tygodnie to mało na Iran. Lada dzień muszę stąd zmykać. Mogłem wizowy temat Turkmenistanu pchnąć o tydzień...ale myślałem że 2 tygodnie już tak całkiem całkiem. Nopes. Miecha przynajmniej by się przydała.
Póki co, mogę ten kraj określić jako Eden dla każdego na dual sporcie. Gdyby nie te chrzanione pomysły z CDP...
Piękne, kręte asfalty na przełęczach, jeszcze piękniejsze szutry i górskie trasy na każde zawołanie. No i pustynie na których można sobie pomarzyć o Dakarowaniu
To że motocykle powyżej 200cc są tutaj nielegalne sprawia...że za każdym razem gdy się zatrzymamy, można się poczuć jak jakieś zjawisko. Spęd i ciekawość ludzi jest wielka, ale nigdy nie nachalna. Dla przykładu, przez te dwa tygodnie, nikt ani raz nie poprosił mnie wprost o pieniądze (co np. w Turcji i wielu innych krajach było nagminne).
Afra ciśnie bezproblemowo. Poza kilkoma żenująco małymi problemami (spalony bezpiecznik od szpeju czy spalona żarówka), gdzieś jeszcze przed Gruzją, to nic mnie na dłużej nie zatrzymało. Pompa trochę dawała o sobie znać...ale kupiłem w Górskim Karabachu nowy przekaźnik za dolara i od tego czasu ani czknięcia

Pomimo żaru z nieba...nic oleju nawet nie łyknęła. Póki co dolałem może ze 100ml, a i to tak bardziej zapobiegawczo niż z potrzeby.
Dwa dni temu, 11 500km od domu na liczniku, złapałem pierwszego gwoździa w Mitasa z tyłu ;]
Wielki był skurczybyk. Niczym palec wskazujący. Rozorał dętkę straszliwie...ale 50m od miejsca w którym się zatrzymałem, miejscowy magik jakimś cudem ją pięknie zwulkanizował za 2 dolary.
Kilka dni temu, spotkałem pierwszego motocyklistę od czasu Gruzji. Francesco, czyli włoski GSiarz obładowany aluminium, który też był na objeździe Iranu.
Mieliśmy różne kierunku, ale stwierdziliśmy że jeden dzień pokręcimy się razem. Obraliśmy za kierunek jedno ze słonych jezior. Po dojeździe tam, aby wjechać w jego centrum, trzeba było zjechać z czarnego i przejechać po naprawdę twardej, porządnej szutrówce kilka kilometrów.
Ja nawet się nie zastanawiając, skręciłem w nią...pomykam bez problemu, ale patrzę w lusterko, a GS'a nie ma...wróciłem do asfaltu, a Francesko do mnie, że on don't like sand. Mówię mu: Tyyyypie...to żaden sand. To szuter jest. Skaczę po drodze, pokazuję że twarde to, oparte o skamieniałą sól...Nie ma opcji...nie wjedzie. Pomimo że Anakee 2 na kołach, więc z palcem w otchłani dał by rady.
Jako, że mieliśmy jeszcze francuski plecaczek ze sobą, to skradłem mu plecaczek i wbiliśmy się obadać zachód słońca na wydmach po środku jeziora
Odziwo...po kilkunastu minutach, chyba pojechałem mu po ego jak go wyśmiałem, i przyjechał nas. Ale pospinany był straszliwie

Sztywny cały na tym moto, aż śmiesznie było to oglądać. Pokręciłem trochę koślawych bączków po wydmach, obładowany swoimi sakwami, workami, znakami ostrzegającymi przed wielbłądami...nie mógł uwierzyć, że tak można :P
Pamir wzywa, czas dalej kręcić kilometry na liczniku