Dobijamy do brzegu i już po kilkudziesięciu minutach, jeszcze lekko zaspani krzątamy się po miasteczku w poszukiwaniu opon które niechybnie się kończą ( u mnie ) i skończyły ( w Fazerku). Miasteczko niby niewielkie, niby daleka północ a moją oponę i do mojego motocykla, i do kolegi. Jesteśmy w szoku.
Kolega dostał wymianę jeszcze za 99NOK czyli prawie gratis jak na Norwegię, w sumie zapłacił 900zł.
U mnie wyrok był bardziej surowy: 1800zł ale... przemiły Pan zerknął na DOT, zauważył , że oponka ma 2 lata i... dostałem ją za 1000zł. Trochę się cieszyłem ale i tak zgrzytałem zębami wiedząc , że przed wyjazdem kupiłem za 1600,- dwa ( słownie: DWA) komplety. Drugi leżał i czekał , bo wiedziałem, że wrócę na łysych. Ale przecież to niespełna połowa drogi dopiero za nami a tu taki numer... Ja zdecydowałem się na swojej oponie jeszcze podjechać gdyż miałem dłuższą drogę do domu - kolega za chwilę wracał promem, ja miałem ambicję dojechać na kołach.
Przymocowałem oponę niczym w rasowym wyprawowym motocyklu ruszającym w drogę co najmniej na Magadan.
Wystartowaliśmy. Pięknym widokom nadal nie było końca.
Opuszczamy Arttic Circle i zaczynamy rozglądać się za jakimś kawałkiem płaskiej przestrzeni gdzie będzie można w końcu wyspać się jak ludzie oraz coś przekąsić na ciepło.
Mijamy potężną rzekę i kilka km dalej znajdujemy miejsce na biwak.
Raczymy się zupką za złotówkę i spać:

[/code]