Africa Twin Forum - POLAND

Africa Twin Forum - POLAND (http://africatwin.com.pl/index.php)
-   Trochę dalej (http://africatwin.com.pl/forumdisplay.php?f=76)
-   -   Stany, stany... (http://africatwin.com.pl/showthread.php?t=3823)

bajrasz 26.02.2010 21:20

Cytat:

Napisał Izi (Post 103546)
Widzę że ta kruszyna to musi to musi jeszcze ze dwa lata rosnąc, a karm ją dobrze :)

To stare zdjęcie...już się nadaje;)))

Mucha 27.02.2010 11:03

Ja poprosze... oczy!
:drif:

podos 01.03.2010 09:10

http://www.africatwin.com.pl/showthr...23&page=26#256

Tu Ci sie zdjęc zapomnialo dodać. :)

sambor1965 02.03.2010 11:38

Cytat:

Napisał podos (Post 103909)
http://www.africatwin.com.pl/showthr...23&page=26#256

Tu Ci sie zdjęc zapomnialo dodać. :)

Poszukam.
Tymczasem podaje wam linka do filmu, ktory przyslal mi Travis. Facet jest dziennikarzem z Australii, motocyklista - byl rok przed nami w Wakhanie. Film przedstawia ubieglotygodniowy zapis z kabulskiej ulicy.
Wakhan jest bezpieczny, ale zebyscie nie mysleli ze Afganistan to bulka z maslem wklejam ten filmik
http://argusphotography.blogspot.com...ul-attack.html

sambor1965 07.03.2010 13:33

Ranek zaczęlismy bardzo bojowo. Tuż po świcie wstaliśmy i zaatakowaliśmy rzekę. Niby ją wcześniej przeszliśmy, ale... Kamieni jest tak dużo, że pół metra w prawo czy w lewo robi dużą różnicę. Prąd jest bardzo mocny i spycha motocykl z zamierzonej drogi. Niby wcześniej wiedzieliśmy, że nie należy przecinać rzeki pod kątem prostym, ale...

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/P8150430.jpg


No i zjechałem kawałek za bardzo. Motocykl zanurkował i całe koło zanurzyło się pod wodę. Gaz i tylne koło się zakopało, poruszałem całym motocyklem na prawo i lewo i znowu próbowałem wyjechać. Coś zazgrzytało i już wiedziałem, że mam duuży problem. Silnik wyłączyłem natychmiast, ale ten zgrzyt nie wróżył niczego dobrego. Trudno było namówić Iziego i Mira żeby weszli do tej wody i pomóc wyciągnąć wieprzka. Na środku rzeki oceniliśmy straty: łańcuch spadł z tylnej zębatki, zdjęliśmy osłonę przedniej i wokół przedniej łańcuch się nieco sklarował. Osłona była potrzaskana, w dodatku oberwała pompa wody i bardzo niewiele dzieliło mnie od tego by zakończyć afgańska przygodę w tej rzeczce.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/P8150432.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0483.jpg

Trochę to trwało, ale w końcu się wykaraskaliśmy w z tych opałów. To była nauczka, by nie szarżować w wodzie. Kamienie w rzece były wyokrąglone przez przepływającą wodę, ale niektóre z nich były zbyt duże jak na nasze 21 calowe afrykańskie koła. Khandud minęliśmy po pół godzinie. Ledwie zwalniając. Jakieś sklepiki były otwarte wzdłuż drogi i ludzie patrzący na nas mieli śmieszne miny. Przejeżdżający peleton z Tour de France nie zrobiłby na nich chyba większego wrażenia. Z Khandudu droga wiodła niżej, wzdłuż Piandżu.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0495.jpg

Minęliśmy budowę nowej strażnicy wojskowej i po 15 kilometrach dojechaliśmy do prawdziwej rzeki. Też nie wyglądała groźnie. Ale była. Właściwie składała się z kilkunastu strumieni.

http://i493.photobucket.com/albums/r...rhad/rzeka.jpg

Nurt jednak był bardzo szybki; temperatury wody nie znamy, ale wiemy że to co płynęło w rzece jeszcze wczoraj było lodowcem. Brodziliśmy z Mirem szukając dogodnej trasy, a Izi zawrócił próbując poszukać bardziej dogodnego miejsca w okolicach wznoszonego kilkaset metrów wyżej mostu.

http://i493.photobucket.com/albums/r...744_resize.jpg

Naprzeciwko niego zatrzymał się Ford Ranger i zeskoczyli z niego uzbrojeni w kałasznikowy faceci. Na szczęście umundurowani, więc raczej jest bezpiecznie. Każą nam jechać z powrotem, podobno ominęliśmy jakiś posterunek i wysłano ich w pościg za nami. Prawie 20 kilometrów w plecy. Razy dwa to będzie cztery dychy. Nie wystarczy nam paliwa na powrót. W Khandudzie zaczyna być nerwowo, prowadzą nas do szlabanu i coś krzyczą.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0468.jpg

Faktycznie przejeżdżaliśmy tędy, ale wówczas był podniesiony. Nikt nie rozmawia w żadnym ze znanych nam języków, na posterunku policji stajemy przed czymś w rodzaju rady starszych. Bardzo na nas krzyczą, zabierają paszporty, nasze odręcznie wypisane pozwolenia, i wciąż nas o coś pytają w farsi, w pasztu, w wakhani... Spokojnie odpowiadamy po angielsku, polsku, słowacku, niemiecku. W końcu z pewną nieśmiałością również po rosyjsku... Wstaje w końcu jeden z nich, chyba najmłodszy i zaczyna coś mówić do reszty. Zapada cisza i po chwili jesteśmy wolni. Tajemniczy wybawiciel zaprasza nas do siebie na herbatę. Mówi nieźle po rosyjsku, jest oficerem tajnej policji przysłanym tu na czas zbliżających się wyborów. Po kwadransie jesteśmy przyjaciółmi i mamy zaproszenie do Fayzabadu...

Forsujemy rzekę ostrożnie, by nie zrobić sobie krzywdy.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0457.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0472.jpg

Dalej jest dość łatwo. Mniej wiosek więc i mniej tych pieprzonych przepustów. Wciąż patrzę w lewo próbując rozpoznać jakieś znajome punkty tadżyckiego brzegu. Czy to już Langar? Czy to schodzi droga z Khargushu? Zaczyna się trochę piaszczyście, ale nie sprawia nam to kłopotu.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0445.jpg

Pojawiają się jakieś parterowe domki. To Quala-e-Panja, Mira GPS w zestawieniu z sowiecką mapą to dość wybuchowa mieszanka, ale o dziwo wszystko gra. Kolejny posterunek, ostatni już przed Sarhadem. Wszystko wygląda arcyspokojnie, jest piękna pogoda, słoneczko, szlaban opuszczony, zatrzymujemy się. Wartownik stojący w cieniu ma w sobie duży spokój widać że o Talibach nie słyszał nawet na szkoleniu pograniczników. Dokumenty, papierosek, siadamy, lenistwo.
Herbatka? Czemu nie, chętnie - trochę na migi, ale się dogadujemy. Obieg dokumentów nie jest dla nas zrozumiały: wyjeżdżając z Iszkaszim dostaliśmy kilka papierków, których nie byliśmy w stanie rozczytać. Nie wiem w jakim języku były napisane, na pewno jednak alfabetem niczego nam nie przypominającym. Na kolejnych postach dawaliśmy te wszystkie dokumenty, strażnik wybierał jeden z nich i albo go zatrzymywał, albo sporządzał następny, który przydawał się gdzie indziej.
Tuż za Quala skręcamy w prawo przytulając się do Hindukuszu, po wielu dniach odrywamy się wreszcie od Piandżu i podążamy wzdłuż wpadającej do niej rzeki Wakhan.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0511.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/IMGP0509.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...765_resize.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...758_resize.jpg

Zbocza doliny są o wiele bardziej strome od tych, którym towarzyszy Piandż. Dlatego droga coraz częściej prowadzi skalnymi półkami wysoko ponad rzeką. W tych wąskich miejscach mętny Wakhan kłębi się rozbijając swe wody o olbrzymie głazy. Kilkaset metrów dalej rozlewa się szeroko po dolinie i jakby ktoś bardzo szukał guza (vide Puszek) to mógłby rozważyć przeprawę wprost przez rzekę.

http://i493.photobucket.com/albums/r...778_resize.jpg

Natrafiamy na most i przejeżdżamy na drugą stronę. Teraz jedziemy wzdłuż Wielkiego Pamiru obserwując Słońce przesuwające się nad Hindukuszem. Po drugiej stronie też jest droga i zaczynamy mieć wątpliwości czy jedziemy po
właściwej stronie rzeki. Mapa niewiele mówi, ścieżki widnieją po obu stronach Wakhanu.

http://i493.photobucket.com/albums/r...775_resize.jpg


Mijamy Kret z pięknym widokiem na śnieżną piramidę Baba Tungi (6513 m). Zjeżdżamy na dno doliny, droga wciąż nie należy do trudnych, ale dojeżdżamy do ogromnego rozlewiska i nasza polna droga niknie w wodzie. Wygląda to na megawielką 200 metrową kałużę. Widać, że płytko nie jest, ale nie mam ochoty wchodzić do niej po to żeby się przekonać o tym, że owszem da się przejechać i znowu nalać sobie do butów wody. (Tu dodam, że pomysł by wziąć na ten wyjazd Virungi był głupi. Buty owszem nie puszczały wody, ale jak się wlała górą to zostawała na długo, bardziej praktyczne były jednak zwykłe skorupy). Nieśmiało wjeżdżam więc do wody robiąc tzw. "rozwiedkę bajom" czyli rozpoznanie walką. To taktyka szeroko stosowana przez wojska radzieckie w II wojnie światowej. Bardzo skuteczna, ale prowadząca również do dużych strat własnych. Uff, tym razem się udało.

http://i493.photobucket.com/albums/r...814_resize.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...816_resize.jpg

Nie jesteśmy przesadnie zmęczeni, bo zatrzymujemy się często. Przyroda nie pozwala jechać bez przerwy: kamera i aparaty są cały czas w ruchu. Wciąż coś pstrykamy, kręcimy, podziwiamy. Zaczyna zmierzchać - do celu GPS pokazuje jeszcze 20 kilometrów - damy radę. Kolejna rzeka wysysa z nas ostatnie siły, znowu labirynt głazów, strumieni i przejazdów.

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/P8130396.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...d/P8130392.jpg

Humor nas nie opuszcza, ale zaczynamy już powoli szczękać zębami. Nic nie jedliśmy od rana i to też nam sił nie dodaje. Gdy myślimy, że to już Sarhad pojawia się kolejna rzeka z kilkoma korytami. Trochę się już poduczyliśmy techniki i w obliczu zbliżającej się nocki i perspektywy spania w krzakach zaczynamy stosować tę, która przynosi najlepsze efekty: w pizdę i na gaz. Co cię nie zabije to Cie wzmocni.

http://i493.photobucket.com/albums/r...797_resize.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...790_resize.jpg

http://i493.photobucket.com/albums/r...806_resize.jpg

Dojeżdżamy do Sarhadu ciemną nocą. Nie jesteśmy w stanie nic znaleźć, trzymamy włączone silniki i czekamy aż nas znajdą. Takoż i znajdują, biegną z latareczkami i ciągną do jakiejś Meszchany. Parkujemy motocykle na podwórku i szczęśliwi walimy się na posłanie. Zasypiamy natychmiast.

luzMarija 13.03.2010 23:52

No i...? Dajesz dalej!

sambor1965 16.03.2010 09:44

8 Załącznik(ów)
Luz Marija ;)
Nie mam czasu chwilowo. Uzupelnię w weekend. Tymczasem sprzatajac komputer wrzucam jpg z Advrider Magazine.

Izi 06.05.2010 10:36

Cytat:

Napisał sambor1965 (Post 102608)
Miro przygotował ładna stronke ktora ladnie pokazuje nasza traske po afganskim Wakhanie. Prosze oto link do roboty Miro:

http://motorkar.blog.pravda.sk/detai...25117ecb4ffdf3

ten link już nie działa ale działa nowy :) lepszy, szybszy, dokładniejszy :):):)

http://www.motorkar.blog.sk/detail-n...25117ecb4ffdf3

Izi 16.05.2010 09:55

1 Załącznik(ów)
Z tego wzgledu że Sambor się obija, jak zawsze, Miro pije piwo i je chleb, oczywiście, też jak zawsze, a mi sie nic nie chce, też jak zawsze, to tym razem zamieszczam jedno zdjęcie którego tytuł mógłby brzmieć "Co robicie dziewczyny jak nas nie ma w domu".

I może to nas (czytaj Sambora) zmobilizuje do kontynuowania opowieści dalej.

sambor1965 28.09.2010 10:12

Wywołany przez Podoska groźbą zawieszenia marokańskiej relacji, tak dla mnie cennej w kontekście zbliżających się wakacji poprawiam się i odświeżam wątek.
Tak dużo się od ostatniego wpisu wydarzyło.
Wiele też wody upłynęło w Piandżu i Wakhanie, ale wrażenia z tamtego wyjazdu wciąż są żywe i jakby wzmocnione przez to co się stało w tym roku. Patrząc z dzisiejszej perspektywy oceniam tamten wyjazd jako beztroski. Choć w dużej mierze jechaliśmy w nieznane, choć jechaliśmy wiedząc, że zabraknie nam paliwa na powrót. Choć mieliśmy w kieszeniach jakieś resztki dolarów, a najbliższy bankomat odległy był o trzy dni drogi motocyklem wiedzieliśmy że damy radę.
Mieliśmy powera, byliśmy szczęśliwi, trochę czuliśmy się jak XIX wieczni odkrywcy przemierzający ten szlak po raz pierwszy. Świadomość, że przed nami szli tędy Marco Polo, Grąbczewski i tysiące innych Europejczyków wcale nam nie przeszkadzała. Można świat odkrywać na wiele sposobów.
My pojedziemy tutaj w lewo bardziej, a ten Marco Polo pewnie szedł z wielbłądami tędy...
To dlatego nie lubimy, czy już raczej chyba powinienem napisać "nie lubiliśmy", gpsów z wgranymi trackami, które pozwolą nam dzięki satelitom iść ślad w ślad za kimś kto w przeszłości przemierzał tę drogę.
Odkrywaliśmy ten świat dla siebie i z pewnością jednak było nam łatwiej niż wenecjaninowi czy temu Polakowi w carskiej służbie. Przed wyjazdem spotkaliśmy paru rodaków, którzy tam byli przed laty, trochę poczytaliśmy o historii i kulturze regionu. Nie dziwiły nas więc aż tak bardzo zwyczaje wakhańczyków, ich religia, sposób życia.
Obserwacja codzienności sarhadzkiej raczej spowodowała, że bardziej się dziwiliśmy temu w jaki sposób na co dzień żyjemy w "cywilizowanej" Europie wmawiając sobie, że kolejne 10 godzin spędzone w pracy zbliża nas do naszego życiowego celu: szczęścia.

Kachibek otoczony gromadą wnucząt wyglądał na szczęśliwego. Nie mogliśmy się dogadać, ale wiedziałem że nie wie co to kolejka do kasy, nigdy nie zapłacił podatku, nie stał w korku, nie spóźnił się na samolot, nie frustrował tym, że nie stać go na nowe auto. Na pewno też nie słyszał w życiu żadnej reklamy.
Miał uśmiech na twarzy choć pewnie zgodnie z miejscową statystyką co trzecie dziecko mu zmarło.
Uśmiechnięty przyniósł nam rano płow. Herbatą nas rozczarował. Zaparzona torebkowa herbata w chińskim termosie - nie tego oczekiwaliśmy na końcu świata. Jedliśmy milcząc, Kachibek siedział obok bez słowa. Azjaci potrafią tak siedzieć godzinami wpatrzeni w każdy nasz ruch. Nie potrafimy się porozumieć słowami, ale oni obserwując nasz każdy ruch starają się zrozumieć skąd, po co, zgadnąć przeznaczenie należących do nas przedmiotów i narzędzi.
Kachibek znał farsi, wakhani i dari. My polski, słowacki, niemiecki, angielski i rosyjski. należeliśmy do różnych światów, ale nie przeszkadzało nam to w porozumiewaniu się.
I wcale tego nie idealizuję.
Minał rok jak się nie widzieliśmy. Przyjechaliśmy do niego w tym roku w drugiej połowie lipca.
- Sambor! Izi! - stary naprawdę się ucieszył nas widząc. My również, tyle miesięcy minęło a on pamiętał nasze imiona.
- Mirob? - zapytał o Mira, który został w tym roku w Bratysławie.

Nie wiedziałem jak mu wytłumaczyć, że nie przyjechał. Tym bardziej nie wiem co mu powiem w przyszłym roku...


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:37.

Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.